Tost wegetariański z szynką.

Nie polecam. Szynkę dostałam na własne życzenie ;) Jednak przy kombinacji z tym, co było przewidziane pierwotnie i już się w toście znajdowało, szynka nie wyszła mi na dobre.

Ale własnie o tym ‚na własne życzenie’ chciałam szybko napisać (taaaaa, Baltica i ‚szybko’, no no).

Kilka dni temu wspaniała Ania, właścicielka warszawskiego Miau Cafe udostępniła artykuł na temat 70letnich badań, w których starano się dojść do tego, co przynosi nam szczęście.
Artykuł proszę o tutaj: Co przynosi nam szczęście

Nikt mnie nie badał przez tyle czasu, ale potwierdzam to, co naukowcy. To ludzie i fajne relacje z nimi sprawiają, że jesteśmy szczęśliwi. Wielu powie -bzdura, liczy się szmal i blichtr (nawet wg ankietowanych w badaniu), super fura w garażu i ociekanie gadżetami. A ja powiem – gówno prawda. Co mi po Ferrari, jak się ma kija w dupie, nie ma się do kogo odezwać albo wiecznie się siedzi w swoim pałacu za milijony (pisownia celowa) i ocieka pozorną zajebistością, ale ta zajebistość za murami własnego domu kończy się szybko (wielu nawet nie ma odwagi do świata wyjść, bo doskonale wiedzą, jak szybko zostaną spacyfikowani przez rzeczywistość).

Mam taką ciekawą właściwość, że gdzie się nie pojawię, zapoznaje się prawie z każdym. Kij w to, czy mnie lubią czy nie (no może nie do końca kij, jednak wolę jak mnie lubią, nie muszę się potem z nimi szarpać). I tak kończy się to chociażby w następujący sposób: żegnając się z jakimś miejscem (jak ostatnio z projektem), biegam po piętrach żegnając się z ludźmi ‚na misia’ (czyli przytulasem).  Albo ten tost dzisiejszy. Z kawiarni, w której bywam regularnie i jak to ja, lubię sobie pogadać z obsługą. Baristki niedługo zaczną mi mówić ‚siema’, póki co na moją prośbę dołożyły do tosta szynkę.
Czy zrobiłyby to, gdybym była szytwnym fletem z kijem w dupsku albo opryskliwym klientem? Na pewno nie. Przede wszystkim – nie byłoby efektu w postaci luźnych plot za każdym razem kiedy się tam pojawiam. A już na pewno nie tego plasterka szynki który sprawił, że dzień zaczął mi się bardzo fajnie (pomijając, jak wspomniałam, smak tosta, który nie do końca był taki, jaki chciałam ;D).

Oczywiście, nie każdy jest takim ekstrawertykiem jak ja. Są introwertycy, typu dzień dobry-poproszę-dziękuję-do widzenia. I ok! Tacy też zapewne dostaną ten plasterek szynki na skromną prośbę. Grunt, to nie być palantem, który wyżej sra niż dupę ma, a innych ludzi ma za nic. Bo bez pieniędzy ale z pomocnymi postaciami radę damy. Bez pieniędzy i pomocnych postaci – już niekoniecznie.

Za duże oczekiwania.

Nie wiem co mi się stało. Kompletnie tego nie rozumiem. Wymagam od każdego szerszego spojrzenia na świat, w cywilizowanym tego słowa znaczeniu. Wymagam od każdego, żeby przestał patrzeć tylko na swoją dupę i zaczął się zastanawiać nad tym, jak jego czyny wpływają na dobro ogółu. Czy wieje komuną? Komuny nie pamiętam, bo byłam mała, może ktoś mnie uświadomi. Wychodzę z założenia, że gdyby każdy zajmował się tylko sobą, a nie (również) światem nas otaczającym, dalej siedzielibyśmy w jaskiniach.  I nie mam tu na myśli wpieprzania się z butami w życie innych i mówienie im, jak mają żyć.

Sama grzeszę sporadyczną postawą betonowego słupa, którego za nic nie da się ruszyć, ale na całe szczęście nie szkodzę otoczeniu. Ale moja miarka odporności na ludzką głupotę przebrała się przy okazji tematu rowerzysty, którego szanowne plecy wrzuciłam wczoraj na swój profil FB, Twittera i na jedną grupę na FB. Reakcja większości ludzi na fakt, że koleś jedzie chodnikiem, zamiast po zajebistej, nowej, pięknej ścieżce rowerowej, wytyczonej na prawym pasie ulicy, po prostu mnie rozłożyła. Bo kierowcy tacy i sracy, bo piesi przepędzają (!) ze ścieżki rowerowej, bo infrastruktura do dupy, bo na zdjęciu widać, że się ściemnia, bo pada (nie padało), bo TAM NIE MA ZNAKU ZAKAZU PORUSZANIA SIĘ ROWEREM PO CHODNIKU. Nosz kurwa mać !

‚Na chuj się przejmujesz’ powiecie. Nie nazwę tego przejmowaniem się, bardziej wkurwem, że nasz naród cwaniakuje, co to nie oni, że Zachód może nam podskoczyć (odkładamy na razie na bok Brexity, Emigrantów, wybory prezydenckie w USA i tym podobne – mam na myśli kulturę jako taką i postęp mentalny), a tak naprawdę słoma z butów wystaje. ‚To z kim ty się zadajesz?!’ – ale ja się nie muszę zadawać, taki prymitywizm wylewa mi się z ekranu! Tak, opuściłam już ową grupę na FB żeby raka nie dostać, ale tego się po prostu nie uniknie. Musiałabym się w domu zamknąć, bez dostępu do świata zewnętrznego. I nie rozwiąże się problemu przyjmując postawę olewczą, bo w ten sposób zrównam się z tymi, co kręcą się tylko wkoło swojej dupy. W sumie to nawet nie wiem, czy to się w ogóle da jakoś rozwiązać.

Rowerzyści w takim Berlinie święci nie są – ale oni przynajmniej korzystają z infrastruktury, którą się dla nich robi. Jeżdżą po chodnikach, przejeżdzają na czerwonym (za co dostają mandaty a w najgorszym przypadku miażdży ich ciężarówka – widziałam na własne oczy) ale nie uważają, że rozwiązaniem jest przestać jeździć po ulicy kompletnie, bo na pewno zaraz ich ktoś zabije. Owszem – tam problem jest trochę inny, to kierowca musi mega w chuj zajebiście uważać na rowery, bo są WSZĘDZIE, a nasi cudowni polscy kierowcy nie potrafią nawet na zamek jeździć czy na pas drugiego auta wpuścić, o kulturze w stosunku do pieszego czy rowerzysty nie wspominając. Ale znikając z ulic tylko pogorszymy sytuację, bo kierowcy nie nauczą się nigdy. Zmiany nigdy nie są bezbolesne i natychmiastowe plus do tanga trzeba dwojga.

Pomijając kwestię powyższą, taka zaściankowość rzuca mi się w oczy po prostu wszędzie. Słucham bredni wielu ludzi i już rozumiem, czemu 500+ to taka dobra przynęta na elektorat. Oni nawet nie ogarniają, że to 500+ to z ich własnych podatków jest (tak samo jak rowery miejske i infrastruktura rowerowa) ! W dodatku moc takiego tłumu, który z ciebie robi idiotę, jest niewyobrażalna (niczym potęga rumuńskiego popu w Polsce swego czasu) i wbrew pozorom bardzo krzywdząca. I jest mi po prostu wstyd. Bo chcemy mieć ‚tak zajebiście’, jak jest na Zachodzie, ale większość z nas kompletnie do tego nie dorosła.

Ile dorosłego w dorosłym

‚Co sprawia, że jesteś dorosłym człowiekiem?’

Takie pytanie zadałam swojemu facetowi, kiedy na widok fajnych trampek z Iron Man’em powiedział, że fajne, ‚ale przecież dla dzieci’.

‚Ale co sprawia, że właściwie jesteś dorosły? Bo raczej nie wiek.’

Więc co zatem?

Nie wspominając o tym, że facet każdą swoją najczęściej mega drogą zachciankę tłumaczy tym, że ‚faceci to wieczni chłopcy’.

To czemu nie chciał tych trampek…? ;)

 

P.S. Zbulwersował się i powiedział, że to baby tak twierdzą, że faceci to wieczni chłopcy ;]

I am what I am.

Dawno nie wypuszczałam się na miasto, dawno nie imprezowałam bez względu na wszystko. Założyłam że dobrze może być tylko z muzyką klubową (której w Szczecinie jak na lekarstwo) i że ja już swoje przeimprezowałam. BŁĄD !

Ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że dzięki stawieniu się na urodzinach mojej podstawówkowej przyjaźni mogłam znowu trafnie podsumowywać ludzi, trenować swój ostry humor i patrzeć na świat dookoła mnie. I cóż takiego zobaczyłam ?

Młodą kobietę, która namiętnie próbuje smsowo namówić faceta, na którym jej zależy, żeby przyszedł na imprezę. Znajome, prawda ? On się wykręca jak może. Aż w końcu się pojawia, nie wiadomo po co i na co. I że oczywiście jak to ja, nie znając typa, widząc jak dziewczyna się męczy, pytam go o to i tamto, na początku szczątkowa wymiana zdań ma sens ale po chwili małolat rzuca jakimś opryskliwym tekstem i reasumując – on i tak chuj kładzie na to, co mam do powiedzenia, bo to żadna różnica, że ja od niego starsza jestem, szanuje ludzi i ich uczucia, naoglądałam się takich akcji w życiu i nie to że się wpierdalam (no nawet jeśli, ale that’s not the POINT !) ale albo niech chłopak się ogarnie albo spierdala bo klimat na imprezie psuje.

Zatem – pomimo rozbestwienia się dzisiejszych małolatów pod kątem funkcjonowania kobiet i mężczyzn nie zmieniło się nic. Kobietom nadal zależy bardziej, a faceci nadal twierdzą, że baba z jajami (w tym wypadku ja), starsza od nich o kilka lat nie zrozumie sytuacji. Zatem – tak samo było, jak ja miałam tyle lat co ta biedna dziewczyna, a starsze kobity starały się wybić takiego frajera z mojej głowy.

Koleś na szczęście zmył się z imprezy, a biedna niewiasta, po uprzednim zaprzeczaniu, coby się przejmowała, w końcu się do swoich uczuć przyznała. I wiecie jak to bywa dalej – my, starsze kobiety, zabieramy się za wykład na temat ‚olej typa, tego kwiatu pół światu, nie pisz, skasuj numer, nie trać czasu’. Otóż powiadam wam – dajcie sobie z takim podejściem spokój, bo my same tak się w ich wieku zachowywałyśmy (co gorsza, nadal tak miewamy :D). Niech kobieta pisze, będzie naiwna, czeka, wierzy. Bo my też wierzyłyśmy. To naturalna kolej rzeczy. I żaden postęp technologiczny, brak odpowiedniej ilości czasu na doglądanie swoich dzieci które urodziłyśmy, kryzys czy reforma edukacji nie oszukają biologii. We are who we are.

Jak nie muzyka, to blog.


http://www.szczecinblog.pl/2013/najwieksza-lista-szczecinskich-blogow-edycja-2013/

Kategoria: Lifestyle

Jestem tam i ja. Chociaż dawno niczego mniej lub bardziej depresyjnego nie stworzyłam (no tak, bo raczej nie umiem tworzyć jak jestem szczęśliwa, ot co).

W każdym razie, bardzo mi miło, dziękuje,kłaniam się nisko ;)

Wycinanka

Chociaż w sumie to bardziej odcinanka.

Jak wielu z nas umie pozbywać się z życia ludzi, którzy NA PRA WDĘ nie są nam potrzebni ? Jak długo myślimy, że są? Co musi się stać, aby dotarło do nas ostatecznie, że nie dość, że my im potrzebni nie jesteśmy, to oni również nam nie ?

To co się stało z pół miesiąca temu nie było dla mnie specjalnie niczym zaskakującym. Nie było też bolesne. Nie wiem w sumie jakie było. Ale przynajmniej uszczupliłam sobie grono ‚znajomych’ na FB. Facebook. Taka tam potęga wytyczająca nam wiele ścieżek w życiu. Być może śmieszne, ale jak najwięcej kontaktów utrzymuje się z ludźmi spoza własnego miasta, to jednak ten FB jakąś tam moc ma. Aczkolwiek z tymi, z którymi najwięcej mam wspólnego i tak częściej rozmawiam poza FB (to źle czy dobrze ?), szkoda jednak że prawie w ogóle się nie widzimy (bo to albo Poznań, albo Toruń, albo Wawa, albo USA ;) ). Zatem kto właściwie u mnie na FB gości a kogo postanowiłam pożegnać?

Łatwiej chyba odpowiedzieć mi obecnie na drugą część pytania. Są to ludzie, z którymi łączyło mnie jedynie bycie na telefon jeśli coś trzeba zrobić. Nie wszyscy z tego grona wylecieli. Pozbyłam się tych, dla których bez względu na to ile zrobię, i tak jestem nikim. Żalu nie mam, takie jest życie, jak już pisałam wyżej ani mnie to ziębi, ani parzy. Co zrobić chciałam i miałam zrobiłam, a pewne tematy dawno umarły śmiercią naturalną. Wydarzenie sprzed pół miesiąca po prostu pomogło mi podjąć decyzję o poodcinaniu zbędnych węzłów.

Z rzeczy ciekawszych – są jeszcze ludzie, dla których moja nieobecność w pewnych miejscach budzi podejrzenia, niepokój, zdziwienie czy też odczucie, że coś tu nie pasuje. W sumie fajnie. Wtedy człowiek myśli, że jednak coś znaczy. Ale nie na jednym wydarzeniu świat się kończy. I tak zawsze czułam się tam sama. I nie było mi z tym źle. Oni i ja – to nigdy nie była jedność. Pojawiałam się tam, gdzie mnie się najczęściej spodziewano. Dość często chyba jednak wbrew gustom wielu osób.

Aż mi przez głowę przechodzi coś, co powiedziałam na posiedzeniu w ramach podziękowań Oficerom Łącznikowym po tegorocznym TTSR. Otóż siadam sobie z karkóweczką  przy stoliku, po czym po chwili dosiadają się do mnie inni oficerowie. I rzucam tekstem, że ale fajnie, bo w sumie to raczej nigdy się do mnie nikt nie dosiadał, bo ja zawsze tak jakoś (tak ! ja ! paradoksalnie !) na uboczu bywałam. Zawsze miałam się do kogo odezwać czy też z kim co zmajstrować, ale mimo wszystko to ja bardziej do innych się garnęłam, niż inni do mnie…i teraz tak fajnie, że to ktoś do mnie się dosiada. Na tym też samym spotkaniu pewien oficer z niesamowitą ekscytacją cieszył się, że może mnie wreszcie poznać, bo duże wrażenie robiłam na nim mówiąc to, co mówię, m.in. podczas naszych codziennych odpraw (dziwne, myślałam że mnie wszyscy hejtują za moją jakże twardo stąpającą po ziemi postawę realistki).

W podstawówce raczej nie miałam z kim być w parze (albo klasa nieparzysta albo ktoś był chory). W ławce częściej siedziałam sama (znowu – albo nieparzystość albo za bardzo absorbowałam innych więc siedziałam sama :D). Podczas wyjazdów z chórem w autokarze siedziałam sama – nie cierpiałam z tego powodu, bo i więcej miejsca do spania, i nikt nie gada jak człowiek chce pokontemplować przy dźwiękach typu Sasha-Xpander (tak ! miałam wtedy 13/14/15 lat ! ). I nawet jak już udało mi się dokoptować do kogoś do pokoju, i tak chodziłam własnymi ścieżkami, integrując się to z jedną, to z drugą grupą.

Czy to właśnie pomaga mi w sytuacjach, kiedy trzeba się pożegnać z jednymi, coby drudzy mogli nadejść? Nie mam pojęcia. Czy będę płakać za tym, od czego się odcięłam? Odcinam się nie pierwszy raz, więc pewnie nie. Czy stałam się ignorantką? Wbrew pozorom w pewnym momencie – tak. Nie da się po prostu, chcąc być w miarę przy zdrowych zmysłach – interesować się wszystkimi i wszystkim. A już tym bardziej tym, co nas zupełnie nie dotyczy.

Ciach.

Bo przyzwyczajenie

‚Z przyzwyczajenia’ do tej pory kojarzyło mi się z relacjami damsko-męskimi, w których ogień dawno zgasł.  Ale na dniach uświadomiłam sobie, ze to nie tylko ludzie są obok nas ‚z przyzwyczajenia’. My sami tkwimy z przyzwyczajenia gdzieś, w czymś, bo tylko taki wariant znamy, bo tylko taki wariant powoduje, że czujemy wewnętrzne bezpieczeństwo.

W tym roku zaczęłam sobie uświadamiać, że rzeczy których się podjęłam to te, które ‚są czymś naturalnym’. Teraz widzę, jak bardzo się myliłam i że wcale ich nie potrzebuję. Miałam w sobie jakieś takie przekonanie, że tak należy postąpić, że tak będzie ok, że to będzie taki fun, nawet gdyby miało być pod górkę. I może byłby fun, ale kilka lat wstecz. Już nie teraz, nie dziś. Być może nigdy więcej.

Pewne rzeczy jednak zobowiązują i angielskiego wyjścia robić nie będę, z innymi powinno się dać sobie spokój i przestać się oszukiwać. Jeszcze inne czekają na realizację (wrześniu, nadejdź szybciej !).

A ty? W czym tkwisz, chociaż od dawna wiesz, że jest do dupy ?

Ale o co chodzi ?

Nie nazwę tego przesileniem, bo lato w pełni (patrz -> po upałach były burze a teraz piździ ;) ).

Nie nazwę tego marudzeniem dla samego marudzenia (dobrze wiemy, że miewam takie tendencje).

Ale coś ewidentnie jest nie halo. Ameryki nie odkryję pisząc, że świat to dziwka a ludzie to kurwy. Przepraszam. Przykre ale prawdziwe.

Ja tylko nie rozumiem, czemu wszyscy sobie nawzajem pozwalamy na pewne zdarzenia, które miejsca mieć nie powinny i na ludzi, którzy do danego miejsca nie pasują. Dlaczego tak na siłę wierzymy w prawidłowość tego, co nakazuje się nam zaakceptować? I nie mówcie mi, że człowiek może, a nie musi. Owszem, mogę odciąć się od ludzi, mogę zmienić tryb życia, ale dlaczego ma to wynikać z frajerskości sytuacji a nie z chęci np. rozwoju ? Jeśli decydujemy się na zmiany, to głównie z niezadowolenia. Nie tak powinno być. Ale chyba nikt nam innego świata na dzień dzisiejszy nie pokazuje. Bo niby że jak ? Że jest pięknie i cudownie a każda przemiana to zawsze na lepsze i rzucaj pracę bo następna na pewno od razu się znajdzie, a przyjaciele to na drzewach rosną?

NIE.

Więc ja się pytam, w którym miejscu na mapie historii zgodziliśmy się na coś takiego. Od kiedy przymykamy oko, od kiedy milczymy, od kiedy ‚jest jak jest’. Nie wierzę nawet w szczerze uśmiechy na twarzach. Nie wierzę w te wszystkie radosne fotki na fejsie. Może jeszcze jakiś czas temu wierzyłam, ale przestałam. Może ze względu na dystans, może ze względu na samoświadomość.

Nie przemawia do mnie ‚przerabianie cytryn na lemoniadę’ i bycia silniejszym, bo przeciwność losu mnie nie zabiła, i ‚chcenie z całej siły to wszechświat pomoże’. Po prostu nie i już (tu dodam tupnięcie nogą).

I na dzień dzisiejszy to niespecjalnie cokolwiek mnie przekonuje.

Co najlepsze, w całym tym dotychczasowym burdelu wpadłam na pomysł, żeby z okazji/przy okazji swoich 30 urodzin (spokojnie, jeszcze 2 lata) polecieć do Tokio. Czyli że na kryzys najlepsze są powroty do źródeł. I jeszcze zaraz na nowo zapiszę się na japoński, i w pompie mam podyplomówkę z grafiki komputerowej. Będę kuć krzaczki i walić głową w stół na widok liczebników japońskich.

Tylko żeby to jeszcze jakoś wyeliminowało frajerskość i z dupy wziętych ludzi którzy mają kretyńskie wytłumaczenie swoich decyzji, to już w ogóle byłoby zajebiście.

Ile zrobisz dla pieniędzy?

Nie chodzi bynajmniej o sponsoring, aczkolwiek to co mam na myśli jest i tak związanie ze sprzedaniem całego siebie.

Producent, z którym obecnie współpracuje, opowiadał mnie o swojej rozmowie z popularną ostatnimi czasy wokalistką/piosenkarką, chociaż raczej należy kategoryzować ją jako marionetkę. Dziewczyna przyjechała oczywiście zaśpiewać na imprezę jedną, jedyną, hiciarską i medialną piosenkę. Producent zaczął ją podpytywać o techniczne rzeczy, co i jak powstaje, itp itd. Dziewczyna powiedziała, że ona tylko dostaje gotowy materiał i polecenie wykonania. Gdy zaczęła się rozwlekać na temat koncepcji teledysku, producent powiedział, żeby powiedziała coś od siebie, a nie to, co jej kazano powiedzieć. ‚No ale ty wszystko wiesz’ – odpowiedziała.

Wiele razy mówiono mi, że na pewno jest jakaś kwota, dla której byłabym w stanie np. nagrać komercyjny projekt. Osobiście sądzę, że jednak nie.

Z założenia takiego wychodzę być może dlatego, że marząc o śpiewaniu w klubach, wydawaniu produkcji, pracy przy imprezach itp. nie marzyłam o górze pieniędzy. Pieniądze przyszły później. Oczywiście mają się one nijak do góry pieniędzy zarabianych przez różne postacie z showbiznesu, ale nie o to chodzi w tym temacie. Nigdy nie wchodziłam w tematy finansowe artystów, ale na takich marionetkach jak owa dziewczyna zarabia się kokosy, nawet jej chyba o tym nie mówiąć. Tylko czym kieruje się ona, chcąc coś takiego robić ? Sława (która szybko w dzisiejszych czasach przemija), pieniądze (które nie są kosmiczne, mając na względzie to ile na kontrakcie zgarniają ludzie którzy dają jej gotowe danie), przygoda (nie wiem co takiego fajnego jest w przygodzie polegającej na podporządkowaniu się), czy też początek do etapu, na którym robi się już co się chce (czasami przestaję wierzyć że taki etap istnieje, chyba że patrzymy na starsze wiekowo postacie showbiznesu) ?

Nie mam ambicji bycia szałowo popularną. Może bym miała, kilka-kilkanaście lat temu, ale teraz wymaga to zbyt dużo włażenia w dupę. Powiedzienie, że trzeba ciężko pracować, miało prawo bytu wiele lat temu. Jeśli chce w czymś brać udział, zgłaszam się. Po prostu.

A ile ty zrobisz dla pieniędzy ?

Nie gadaj z idiotą.

To jedna z najbardziej pożytecznych rzeczy, jakie powiedział mi kiedyś dziadek. Po raz kolejny przekonałam się, iż warto się do tej rady zastosować.

Starano mi się dziś udowodnić, że nie mam racji. Rzecz prozaiczna. Chodziło o pianino. Osoba ta upierała się, że pianino, o które chodzi, nie stoi tam, gdzie mówię, że stoi. Że kiedyś stało, teraz go tam nie ma. Mówię – kiedyś? No tak, kiedyś, na przykład w piątek. Moja mama się o nie opierała.

Grupa weszła do pomieszczenia. Pianino tak jak stało tam w piątek, tak stało dzisiaj. Owszem, przyozdobione płachtą, przez które było niekoniecznie widoczne. Ale stało.

Ta sama osoba wtrąciła się w moją dyskusję z osobami prowadzącymi zajęcia. Tłumaczyłam, jaki jest powód mojego chwilowego odejścia od grupy. Gdybym wiedziała, że ten człowiek tak bardzo lubi się nie tyle, że wtrącać, co wpierdalać się, trzymałabym się swojego pierwotnego postanowienia – wytłumaczyć czemu odeszłam od grupy dopiero po zajęciach i tylko prowadzącym. Chciałam być jednak fair w stosunku do grupy. Powiedziałam przy wszystkich. Ta, jakże lubiąca dyrygować, jak się później okazało, i rządzić osoba, wtrąciła się. Gdyby nie to, jedna z prowadzących nie podniosłaby na mnie głosu (druga starała się uspokoić sytuacji mówiąc, że jednak będę dalej brać czynnie udział w zajęciach a przecież o to chodzi). Niestety osobnik ‚dyrygent’ nie dawał za wygraną. Kumpela próbowała go uspokoić, kładąc dłoń na jego ramieniu. On odpowiedział, że ma go nie dotykać bez jego pozwolenia. Zapytałam dlaczego, skoro zajęcia zaczęły się od zadań i tak naruszających dystans intymny ( Obszar przestrzeni bardzo bliski naszego ciała, w którym prawie zawsze dochodzi do kontaktu fizycznego z rozmówcą). Dalej się sadził. Więc odpuściłam.

Do końca spotkania ‚dyrygent’ – pomijając jego przydatne instrukcje podczas ostatnich zajęć – wykazał się skrajnym brakiem cynizmu, sarkazmu, czy ironii – przyjmował wszystko zbyt dosadnie. Mawia się, że tylko inteligentni ludzie znają znaczenie tych trzech pojęć. Cóż. Ja przestałam komentować cokolwiek. Dowiedziałam się, przy okazji dzięki samemu ‚dyrygentowi’, bo wyjawił, czym się kiedyś zajmował zawodowo, co robi na co dzień. Dzięki temu – najwyraźniej jako chyba zbyt inteligentna  jak na te  czasy albo na okoliczność zajęć jednostka, bo nadużywająca cynizmu, sarkazmu i ironii – zrozumiałam, co przyczyniło się do rozwoju jego zachowań w takim, a nie innym kierunku.

Przekonałam się też, po raz kolejny, że nie warto być szczerym w stosunku do ludzi, których się nie zna – jak to powiedział dziś Piter Fotograf – kilka procent, nie pamiętam ile dokładnie, populacji, ma skrzywienie psychiczne. W takim razie w naszej grupie dziś, mając na względzie tyle i tyle osób, znajdzie się właśnie taka jedna, konkretna, ze skrzywieniem. To skrzywienie doprowadziło to totalnego zjebania atmosfery bycia fair.

Wiele osób, które znają mnie od czasów rozbrykanej ponad normę małolaty, wiedzą, że w moim przypadku czymś niespotykanym jest przemilczenie sytuacji. Fakt, mogłam sobie pofolgować przy Piterze, za co serdecznie mu dziękuję, ale to wynika tylko z prawdopodobnie równej intensywności stężenia cynizmu, sarkazmu i ironii i u mnie i u niego, chociaż szacuję, że jednak stężenie to jest u Pitera znacznie większe – tym samym jest on niesamowicie inteligentnym człowiekiem ;) Inna sprawa, że nasze podejście wynika z doświadczenia, jakie dzielimy ze względu na naszą dorywczą działalność w przeszłości związaną z tematyką dzisiejszych zajęć. Po prostu mamy alergię na absurd.

Więc, serio, nie gadajcie z idiotami. Niech myślą, że są górą.

Obstawiam, że ‚dyrygent’ posra się, jak jego duma, honor i doświadczenie na polu zawodowym nie pomogą mu, kiedy obsunie się mu grunt pod nogami na skutek braku umiejętności bycia elastycznym. Bez tej umiejętności, przetrwanie funkcji, do jakiej przygotowywano dziś i będzie się przygotowywać w najbliższym czasie ponad sto osób, może poskutkować solidną dezaprobatą międzynarodowego środowiska. Ale, jak się nie jest inteligentnym, to po co się tym martwić ?