Miesięczne Archiwa: Marzec 2013

My makeup may be flacking but my smile still stays on.

Tak śpiewał Freddie Mercury.

Tapeta nam się rozjeżdża, ale ciągle się uśmiechamy.

Wszystko się wali, ale udajemy, że jest ok.

Albo nie wali się nic, ale i tak nie jesteśmy szczęśliwi, bo okazuje się, że jednak czegoś brak.

W imię czego udajemy wiecznie szczęśliwych ?

Ostatnimi czasy dużo mówi się o uwalnianiu emocji, pokazywaniu prawdziwego ja, nieudawania. Ale zaczyna się chyba robić skrajnie. Owszem, uwalniamy emocje, odrzucamy to co złe, ale popadamy w kolejną skrajność – manifestując siebie przed innymi, sami nie wierzymy w to, że ta manifa jest prawdziwa. Wciskamy sami sobie kit, że jest tak a nie inaczej, przekonujemy sami siebie, że nasz status emocjonalny i życiowy w tym właśnie momencie jest taki a nie inny, chociaż wcale tak nie jest. I paradoksalnie – ma tak coraz więcej osób.

Nie mam zielonego pojęcia, od czego to zależy. Nie twierdzę oczywiście, że jeśli czujemy się szczęśliwi to udajemy, idąc tym tropem trzeba by uznać, że wszelkie moje napady histerycznej euforii, związane chociażby z sytuacjami związanymi z moją obecnością na scenie klubowej, to była jedna wielka ściema. No, niestety nie. Wiele osób tak bardzo tępiło mnie za tego typu zachowanie (robią to dalej, co za debilizm, krytykować kogoś za nadmierną euforię, ale to temat na inny raz) , że trudno uważać je za sztuczne. Ale przyznaję, przez wiele lat bardziej kochałam swoją muzyczną stronę, niż tą codzienną. Niewiele osób wie, jak bardzo nie cierpiałam siebie pod wieloma względami, akceptując głównie siebie w postaci wokalistki, pani od wywiadów i pracy przy imprezach. Emocjonalnie na własne życzenie wpędzałam siebie w wiele podbramkowych sytuacji, bo zależało mi na czymś i bałam się, że jeśli skończę pewne rzeczy, pociągnie to za sobą lawinę kolejnych zakończeń. Wiem zatem, jak to jest udawać, że jest ok, kiedy nie jest ok. Wiem, że można to robić w imię spełniania marzeń i strachu, że coś nas ominie. Kilka osób wiedziało o tym strachu. Ale czy każdy powierza swoje obawy komuś innemu ? Nie sądzę. Dzisiejszy świat wymaga od nas żelaznego podejścia do codzienności, boimy się, że chwila słabości mogłaby zerwać z nas szaty, które konsekwentnie nakładaliśmy każdego dnia.

Zauważyłam też, że agresywna postawa wobec innych rodzi się wtedy, kiedy pielęgnowana przez nas tożsamość narażona jest na obnażenie. Tak silnie wpędzamy siebie samych w fałszywe poczucie, że tacy właśnie jesteśmy, że tu i teraz nas satysfakcjonuje – że jakakolwiek ingerencja ze strony innej osoby doprowadza do zachowań skrajnych, czasem niewytłumaczalnych i wręcz idiotycznych. Na siłę pokazujemy innym, że to oni nie mają racji. My za to jesteśmy czyści, jak łza, nieskazitelni. Nie dopuszczamy do siebie innych opcji niż ta, w którą uwierzyliśmy i pochłonęliśmy.

Życie jest teatrem – aktorami ludzie. Szkoda tylko, że ogarnięcie się z fałszywie przybranej roli może okazać się opłakane w skutkach.

Przestaje nam się chcieć.

Nie wiem tylko, czy to przez wiek, czy przez ilość prób, czy może też przez przewartościowanie pewnych spraw. Nie chce nam się już walczyć o ludzi, o miejsca, o wydarzenia, o marzenia. O to ostanie niespecjalnie się martwię – od wielu lat moje największe marzenia krążyły wkoło śpiewania i wiadome jest, że się spełniły. Wiele się od momentu domknięcia ostatniego marzenia pozmieniało, ale to już temat na inną okazję (nie będę sobie porannej krwi pchać tematami o zepsutym showbiznesie ;)).

Fakt, inni walkę o marzenia przerywają ze względu na słomiany zapał bądź wiecznie walenie głową w ścianę (to ja już dawno powinnam dostać wylewu albo wylądować w śpiączce na skutek opuchlizny mózgu heh) które nie przynosi żadnych skutków. Inni są zbyt podatni na ludzi z zewnątrz i ich pierdolenie, że przecież to się nie uda. Jeszcze innym brak finansów a tylko finanse pozwolą im na realizację czegoś (tutaj można dorzucić opcję, iż ktoś wyjdzie z założenia że do końca życia na dany temat nie zarobi, co w naszym kraju jest dość prawdopodobne, ale doskonale wiemy, że Polak potrafi i kombinatorem jest, więc może jednak coś z tego będzie ? ), inni boją się co ludzie i rodzina powiedzą. Można wymieniać w nieskończoność. Tak samo można wymieniać powody poddania się w stosunku do wydarzeń, miejsc i ludzi. Aczkolwiek chyba najbardziej rozległym tematem są właśnie relacje.

Ludzie (pary, przyjaciele, koledzy, itp) poddają się przez rutynę, uzależnienia drugiej osoby, przez osoby trzecie, które nagle pojawiły się i okazały się lepsze (nie wiadomo czy tylko z pozoru czy nie). Nie chce nam się walczyć albo z wygody dzisiejszych czasów (zachowam sobie wygodnictwo na inną okazję, kto mnie zna, wie, jak bardzo hejtuje akcje typu zapraszanie ludzi tylko przez fejsa, informowanie o czymś tylko na fejsie, kontakt głównie przez fejsa i generalnie pielęgnację bliskich kontaktów na odległość przez nie tylko fejsa), z powodu innych priorytetów albo gdy walka nie przynosi żadnego skutku, bo do tanga trzeba dwojga. Kiedy dwie strony nie patrzą w tym samym kierunku (bo przecież nie o zapatrzenie na siebie chodzi a o tą samą perspektywę), kiedy ludziom przestało być po drodze, kiedy kończy się czas na usprawiedliwianie, kończą się i ludzie.

Mi osobiście chyba jednak taki ludź się skończył (pomijam skończenie się innych ludziów pół roku, rok, dwa, trzy itp lata temu). I tak, poniekąd się poddałam. Z perspektywy mojego Marcina walczyłam z tematem od czasu, od kiedy z Marcinem jestem. Rozchodziło się ciągle o to samo. On to tak właśnie widzi.  Jeśli napiszę, że uważam, iż ciągle ja ściągałam nogę z gazu żeby ustąpić i bez sensu nie walczyć, ktoś napisze, że przecież to może być tylko moja wersja wydarzeń. Mając na względzie zarzuty w moją stronę od strony drugiej, zapewne by tak było. Dlatego nie ma sensu pisać, co się zrobiło, a czego nie, jakie były szczegóły, kto co komu powiedział, czym się obrzucił, jak oceniał, nazywał, na jakie rzeczy/osoby/sytuacje się powołał. W pewnym momencie po prostu stwierdziłam, że jestem zmęczona ciągłą walką i większą ilością napięć niż czymś fajnym. Wycofałam się.

Być może pewne tematy się kiedyś kończą. Jedno jest pewne. Przestaje nam się chcieć.

Przeklejone

Oto, co w miniony weekend znalazło się na mojej fejsbukowej ścianie (poniżej lekko zmodyfikowane o nazwiska/odnośniki na fb).

 

Pchnięta do szukania połączeń lotniczych z różnymi zakątkami świata poprzez kolejny odcinek Top Gear (chłopaki jeżdżą sobie po Afryce) oraz na skutek komentarza mojego chłopaka  ’Amerykanie mają po prostu z czego odłożyć’, dochodzę do pewnie niespecjalnie nowatorskiego wniosku, iż Polacy mają zakłamane pierdolnięcie na punkcie wykształcenia – lubimy przekreślać innych ze względu na brak wykształcenia, ale w naszym kraju paradoksalnie nie ma one znaczenia (jeśli gdziekolwiek ma).

Mam magistra, znam 3 języki obce (no, ten hiszpański to na wymarciu, ale nie o tym teraz) i co? Pracuję na tym samym stanowisku z ludźmi, którzy np. wykształcenia wyższego nie mają (nie chodzi teraz o ubliżanie, robię porównanie sytuacyjne), pracuje i pracowałam tam, gdzie moje wykształcenie kierunkowe w ogóle nie miało sensu (poza biurem podróży i pracą jako animatorka, ale whatever). Podsumowujac ? Papier dla papieru. Jak pisałam, żadne nowe odkrycie.

Ale o co chodzi z tym USA. No to chodzi, ze u nich nie ma zaklamanej wiary w wyksztalcenie. Studiuje ten, kto ma kase, ale nie robi sie szumu miedzy ludzmi z tego, ze kogos na studia nie stac. I bez wzgledu na to, czy ktos to wyksztalcenie ma, czy nie, ma szanse na prace, z ktorej cos odlozy, zeby cos zrobic, kupic, zwiedzic, zobaczyc. Owszem, uklady sa wszedzie. USA to znacznie wieksze panstwo, wieksza gospodarka, inne ceny. Rozne prawa w kazdym stanie USA, rozne mentalnosci, liberalizm i konserwatyzm plus masa pogladow pomiedzy, ale brak sciemy, ze wyzsze wyksztalcenie zapewni ci lepszy byt. A u nas? Studia za darmo, studia platne, dzienne, wieczorowe i zaoczne, tylko nie wiadomo po co i dla kogo. Skoro i tak majac np. kredyt na mieszkanie, samochod, zakladajac rodzine, nie jestesmy w stanie pozwolic na wiele rzeczy, bo uchodza za totalne szalenstwo.

I niewiele roznimy sie od krajow Trzeciego Swiata. Oni po prostu nie maja telewizora, zeby ogladac rozne programy i tworzyc dygresje na m.in. powyzszy temat.

Bullshit

No co za shit !! Na cholerę mi jakieś cuda na kiju, jak nie można dodać motywu, bo blog.pl nie pozwala na to !!  Tak wiem, czytaj kobieto FAQ zanim założysz konto…Ciekawa sprawa, bowiem helpdesk WordPressa (od kiedy blog.pl jest z nim powiązany ??) dopuszcza opcje instalację innych motywów, tyle że portal zrobił zamach na demokrację. Jak zwykle. Mawia się, że to media walczą ze światem o prawo do prawdy i wolnego wyboru, tymczasem jak widać na przykładzie jakże prozaicznego bloga, nie można sobie nawet według uznania doinstalować motywu. Przepraszam, bo co, bo ludzie za bardzo syfili ? Jakoś KIEDYŚ (brzmię jak ci, co mnie na fb ze znajomych wyrzucali) można było wklejać sobie kod html wykopany na stronie jakiś małolat/rzeźbiarek hateemelowskich i nikt o nic się nie rzucał.

Najwidoczniej do dbania o porządek, ład i skład w naszym pięknym kraju dołączyli twórcy blog.pl

To taka rada, skoro już macie coś wspólnego z Onetem (przepraszam za ignorancję, ale czy to jedna i ta sama spółka ?) – niech Onet przestanie się przepoczwarzać w kolejnego Pudelka.

Dziękuję

Rozgoryczona Baltica

Przepraszam, czy tu biją ?

I co ja robie tu?

Kiedy zaczynałam przygodę z blogowaniem, interfejs był bardziej human friendly. Im dalej w las, tym więcej możliwości, a ja chyba jednak jestem oldschoolowcem.

No ale nie o tym przecież ?

Ptyśku, dziękuję za pomysł. W sumie nieskromnie przyznam się, że przez tą moją dygresję o Ameryce, studia, zarobkach, bla bla bla, też mi przeszło przez głowę żeby gdzieś pisać. No ale gdzie ? W pismadłach są same znane postacie, ja znana nie jestem, nie sądze, abym mogła od tak wysłać maila z info ‚słuchajcie mam kilka dygresji w rękawie, możnaby z nich zrobić felietony’. Aczkolwiek, może kiedyś…

Mój stary-pierwszy blog jeszcze dycha. W sensie fizyczny, bo mentalnie nie do końca. Istnieje, zahasłowany, bo zaczynałam go pisać jeszcze w liceum, teraz mam lat 27, więc domyślacie się czym różnica wieku grozi. Wszechogarniającą głupotą i problemami…nastolatki ;)

Kolejny blog, o takiej nazwie jak ten-tu-obecny-na-którego-to-paczysz, powstał, gdy zachorowała moja mama. Nie chciałam tłuc swych przemyśleń na fejsie więc wróciłam na bloga pod innym adresem. Bloga skasowałam, jak najgorsze pierwsze miesiące minęły. W sumie to nie wiem czy najgorsze i czy gorszych nie będzie. Anyway.

Sama siebie zaskakując, zaczynam zachowywać się jak statystyczny dorosły narzekając na politykę w naszym kraju, a co za tym idzie, różne życiowe aspekty tego właśnie tematu. Co gorsza, dzielę sie swoimi przemyśleniami na fejsbuku, narażając swoje grono znajomych na pomniejszenie się (oj straszne to, popłacze się normalnie), co właściwie miało już miejsce (jakie to głębokie, kasować się przez odmienne poglądy na świat) :>

Fakt, link do bloga znajdzie się na fb, więc ryzyko nie zostanie zmniejszone, ale nie będę już pisać statusów mierzonych w kilometarch :D

Jak mi się bedzie chciało, to nawet przekopię fb, co by znaleźć starsze, jakże błyskotliwe, dygresyjne statusy i powklejam je tu.

To endżoj, pipol !